Parafia unicka pw. św. Nikity w Kostomłotach

Pielgrzymka na Ukrainę

Pielgrzymka na Ukrainę
W ostatni poranek września 2011 roku o godzinie czwartej z minutami grupa składająca się z 18 pielgrzymów wyjechała busem sprzed naszej plebanii w Kostomłotach w gości do naszych sąsiadów na Ukrainę. Dawno planowany wyjazd w końcu doszedł do skutku. Wyruszyliśmy w drogę z modlitwą na ustach śpiewając „Pod Twoju miłost” zawierzając Matce Bożej naszą wyprawę i prosząc o szczęśliwy powrót. Dużo czasu straciliśmy na przejściu granicznym w Hrebennym. To „atrakcje” związane z granicą. Do Lwowa dojechaliśmy około 14 godziny. Na przedmieściach tegoż miasta czekali na nas ks. Igor i ks. Piotr. Pobyt w tym pięknym mieście zaczęliśmy od obiadu. Z braku czasu musieliśmy nieco zmienić nasze plany. Zwiedziliśmy piękna katedrę rzymsko-katolicką z cudownym wizerunkiem Matki Bożej łaskawej. To tam w 1657r. król Jan Kazimierz wracając z Węgier podczas potopu szwedzkiego, ogłosił Maryję Królową Polski. W katedrze odnaleźliśmy piękne marmurowe epitafium poświęcone pamięci Sapiehów Kodeńskich, co sprawiło, ze poczuliśmy się jak u siebie. Świątynia na wszystkich zrobiła niesamowite wrażenie. Tego popołudnia ulicami starego Lwowa przechodził różnobarwny korowód studentów, którzy robili niesamowity hałas grając na instrumentach i śpiewając ukraińskie dumki. Niektórzy nasi pielgrzymi robili sobie z owymi harcownikami zdjęcia. Przez tłum gapiów dotarliśmy na bazar, gdzie zrobiliśmy podstawowe zakupy. Na stoiskach masa pięknego towaru: soroczki haftowane różnymi kolorami, choć dominowały czarne i czerwone, rucznyki, obrazy, pejzaże i święci spoglądali na przechodzących ze złoconych  ikon. Był piękny ciepły wieczór. Słonce kładło się spać za wzgórzami Lwowa i my wsiedliśmy w nasz dyliżans i ruszyliśmy na nasza kwaterę, która znajdowała się ze 30 km. od Lwowa w stronę Stryja. Piękny motel, wygodne pokoje. Szybko uporaliśmy się z walizkami i wszyscy spotkaliśmy się na kolacji w hotelowej stołówce. Biesiadowaliśmy dość długo i wydawało się, że zmęczeni tak długim dniem pełnym wrażeń wszyscy szybko pójdą spać, ale wcale tak się nie stało. Ja zaprosiłem księży do swego apartamentu by omówić szczegółowo kolejne dni naszego pobytu na pięknej Ukrainie a później była noc. Ranek był rześki, nad pagórkami unosiły się mgły ale szybko ustąpiły pod naporem wschodzącego słońca. Budził się piękny słoneczny pierwszy dzień października. W naszym kalendarzu w rodzinnych Kostomłotach dzisiaj święto Matki Bożej Pokrowy- Opiekunki. Po śniadaniu szybko załadowaliśmy się do naszego rydwanu i ruszyliśmy w drogę. Pierwszym celem tego dnia był pięknie położony wśród gór, rumieniących się jesienną czerwienia drzew monastyr, klasztor O. Studytów w Uniewie. Zwiedzanie tego świętego miejsca rozpoczęliśmy przy cudownym źródełku, gdzie cała grupę uwieńczono na pamiątkowym zdjęciu. Na dziedzińcu klasztoru czekał już na nas brat zakonnik, który oprowadził nas po najważniejszych miejscach kompleksu klasztornego, który pochodzi z 13 wieku. Zniszczony przez Tatarów został odbudowany w II połowie XVI w. przez uzdrowionego w tym miejscu za sprawą Matki Bożej szlachcica Wańki Łobodowskiego. W pięknej klasztornej cerkwi z tamtych czasów cześć odbiera cudowny wizerunek Matki Bożej. Całą naszą grupą zatrzymaliśmy się przed ikoną Bogurodzicy modląc się, polecając swoje intencje i prosząc wspólnie Maryję by miała w opiece naszą parafię. Na koniec odśpiewaliśmy „Bogorodice Diewo radujsja”. Zwiedzaliśmy krużganki klasztoru i podziwialiśmy ogród z kwiatami, mimo, że był już październik. Dziękując mnichom z Uniewa za gościnę ruszyliśmy w dalszą drogę. Tym razem przed nami do pokonania ponad 200 km. Jechaliśmy do Matki Bożej w Zarwanicy, to grecko-katolicka Częstochowa na Ukrainie. Po drodze wstąpiliśmy do Tarnopola. Wielkie pięknie położone miasto z jeziorem w środku, po którym pływają wycieczkowe statki. Ziemia tarnopolska piękna, czarna aż świeci, wszędzie uprawne pola i niesamowite przestrzenie. Pomyślałem „Boże jak tu pięknie i dziwnie swojsko”. Z Tarnopola do Zarwanicy już jakieś 60 km. , dojechaliśmy szczęśliwie około 15.00. Już z daleka złociły się kopuły cerkwi i zabudowań klasztornych. Cudowne miejsce. To tu według jednego z podań w 1240 roku trafił mnich uciekający ze zrujnowanego i spalonego przez Mongołów Kijowa. Śpiąc ujrzał Matkę Bożą. Gdy się obudził zobaczył ikonę Matki Bożej z Dzieciątkiem, mnich uznał to za cud i zbudował dla ikony małą kapliczkę, przy której z czasem wytrysło małe źródło. Woda z tego źródła miała właściwości lecznicze i szybko uznano je za cudowne, dzięki czemu rozszerzył się kult Matki Bożej z Zarwanicy. Tłumy wiernych a zwłaszcza szukających uzdrowienia duszy i ciała przybywały z całej okolicy a z czasem z Ukrainy i sąsiednich państw. Za przyczyną Matki Bożej Zarwanickiej uzdrowiony został książę Trembowelski Wasylko i to on w podzięce pobudował w miejscowości pierwszą dużą cerkiew. Zarwanica rozwijała się dzięki cudownej ikonie Matki Bożej. Burzliwa była jej historia. W 1867 roku papież Pius IX wyraził zgodę na koronację cudownego obrazu i podniósł cerkiew w której znajdował się wizerunek do godności sanktuarium. Straszne czasy dla Zarwanicy nadeszły wraz z sowiecka władzą. 1944 roku skazali oni sanktuarium na zagładę. W tym tez roku spalono klasztorną cerkiew i zabroniono ludziom uczęszczać na to święte miejsce. Jednak wierni po kryjomu narażając własne życie przychodzili by zaczerpnąć cudownej wody i pomodlić się w ciszy w tym świętym miejscu. Władze komunistyczne kazały zasypać źródełko tonami śmieci, kiedy to nie pomogło, wylano w to miejsce tony betonu a woda i tak się sączyła i przyciągała wiernych. Po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości do Zarwanicy wrócili oficjalnie prawowici właściciele i stróże sanktuarium- greckokatoliccy studyci. Do dziś trwa odbudowa i rozbudowa tego wyjątkowego kompleksu klasztornego. Trzeba dodać, że właśnie tu o czym w Polsce nikt nie wspomniał, w sierpniu 2004 roku odbyła się pielgrzymka pojednania dwóch bratnich narodów: Polaków i Ukraińców. Uroczystościom przewodniczył zwierzchnik cerkwi grecko-katolickiej kardynał Lubomir Huzar i prymas Polski Józef Glemp. W uroczystościach wzięło udział ponad 300 000 wiernych. Nasz pobyt w Zarwanicy rozpoczęliśmy od nawiedzenia głównej cerkwi poświęconej Matce Bożej. Jest to nowa, murowana, potężna świątynia. Zjedliśmy w domu pielgrzyma obiad i przyszedł nasz przewodnik ks. diakon. On oprowadzał nas po sanktuarium i opowiadał historię miejsca. Byliśmy przy źródełku, podziwialiśmy kaplicę zjawienia, wielką i piękną cerkiew wystawienia i nieustannej adoracji Najświętszego Sakramentu i przeszliśmy stacjami drogi krzyżowej, gdzie rozważania prowadził ks. Diakon, na wysoką górę do odbudowanej drewnianej cerkwi, gdzie obok stoi klasztor i tam żyją i modlą się i uprawiają ziemię mnisi- studyci. Zachodziło słońce, drzewa, las, mienił się jesiennymi barwami. Był ciepły październikowy wieczór. Po zejściu na główny plac, podziękowaliśmy diakonowi za jego posługę a sami udaliśmy się raz jeszcze do głównej cerkwi na wieczernię. Kiedy wyjeżdżaliśmy  z Zarwanicy robiło się ciemno. Byliśmy zmęczeni ale i szczęśliwi i wdzięczni za tak bogaty w wydarzenia dzień. W naszym rydwanie było początkowo gwarno, dzielono się przeżyciami, powtarzano zasłyszaną historię, porównywano z naszą sytuacją w Polsce. Z upływem czasu robiło się jednak coraz ciszej- moje owieczki posnęły. Jechaliśmy kilka godzin. Mimo późnej pory w naszym hotelu czekano na nas z kolacją i to nie był jeszcze koniec tego niepowtarzalnego dnia. Ludzie odpoczęli i kolacja zamieniła się w biesiadę. Śpiewaliśmy po naszemu, po kostomłocku, gdzieś daleko od domu pod rozgwieżdżonym niebem stryjskiej ziemi. Przyszedł dzień pański niedziela- a noc była krótka. Jednak wszyscy zerwali się rano by o 8.00 wyjechać na liturgię do naszego przyjaciela ks. Igora Jurkiewicza do Czernyci. Trafiliśmy na miejsce bez problemu. Duża drewniana cerkiew, wewnątrz piękne ikony, różnobarwne rucznyki i cała świątynia ludzi. Toż to dzień pański. Ksiądz Igor poprosił bym powiedział kazanie po ukraińsku, ponoć nawet wierni zrozumieli. Moi parafianie byli zadowoleni z Liturgii i niesamowicie serdecznej atmosfery, bowiem po mszy św. miejscowi ludzie podchodzili, pytali skąd jesteśmy, jak u nas się żyje, czy u nas dużo grekokatolików i zapraszali w gości do siebie. Z Czernyci ks. Igor zabrał nas na śniadanio- obiad do innej miejscowości na terenie parafii ks. Piotra. Posiłek był bardzo obfity no i nasze kobiety pod przewodem pani Ireny zaczęły śpiewać pieśni. Obiad był w restauracji więc do śpiewu dołączyli się miejscowi akurat też piewczy, tak, że ciężko było się rozstać. Po południu wróciliśmy na nasze kwatery- był czas wolny. Można było zwiedzać miejscowość (lecznicze wody) spać, odpoczywać, czy spotkać się na podwórku w altanie. Ja wybrałem drzemkę. Wieczorem przyjechali księża Igor, Piotr i drugi Piotr.  Był to ostatni wieczór naszej wyprawy. Po wieczornych modlitwach spotkaliśmy się jeszcze na dworze przy altanie tak w ramach większej integracji. Rano śniadanie, sprzątanie pokoi, pakowanie i żegnamy się z naszymi gospodarzami, by jeszcze na do widzenia wstąpić do Lwowa. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Góry Zamkowej, ja zostałem popilnować naszego pojazdu. Trochę dla mnie za wysoko. Następnie nawiedziliśmy katedrę św. Jura. Tam schodziliśmy do krypt, gdzie są pochowani kardynałowie i biskupi cerkwi grekokatolickiej. Piękna świątynia- kawał naszej historii. Czas nieubłaganie uciekał. W południe dotarliśmy na cmentarz łyczakowski. Stara nekropolia- ileż znajomych z historii Polski nazwisk na pięknych zabytkowych grobowcach. Na kwaterze- cmentarzu orląt lwowskich- odśpiewaliśmy za dusze tych młodych bohaterów z 1920 roku panichidę. Wracając z cmentarza zatrzymaliśmy się w mieście- prawie w centrum. Był czas na ostatnie zakupy. Podziękowaliśmy przewodnikom: naszym księżom Igorowi i Piotrowi. Żegnaliśmy Lwów zmęczeni ale radośni z tej wyprawy, pielgrzymki na ziemię ukraińską, gdzie żyli i żyją ludzie, którzy kochali i kochają jeden święty katolicki Kościół.
Ks. Z>N